Trzynasta zero cztery, teraz. Trzynasta zero siedem, cztery lata temu.

Siedzę w niemal pustej poczekalni, na twardym krześle w kolorze brudnej podłogi. Macham nogą, sprawdzam ogłoszenia w sprawie pracy. Tydzień temu kończę postudencki staż w Urzędzie Miasta, dowiaduje się o białej kropce. I że nie wolno się cieszyć, mieć nadziei i przyjść dzisiaj, w Dzień Matki 2011 roku. 

Ja już wiem, że mam pod sercem płatek muesli, muszle najmniejszego śimaka, jedną dziesiątą małej kartki samoprzylepnej, kilka rzęs. W sercu rośnie mi jakieś wielobarwne pnącze, dotarło już do łokci. Po dzisiejszym USG opanuje mnie całą i zacznie rozkwitać. Fala gorąca, niewiadomego, a tak świadomie zaplanowanego. Jem arbuzy, leżę z kotem na wielkim łóżku i głaszcze się po płaskim brzuchu.

Ustalmy termin. Dwunasty stycznia 2012. Zimorodek.
(w głowie: ustalmy termin czego [?], przecież jestem w ciąży, to mój czas, nigdzie mi się nie spieszy).

Kilka tygodni później - czerwień podłogi tak przepastna, nawet najprostsze modlitwy zapomniane i głośne łkanie za kimś, kogo - jeżeli zdarzy się najgorsze - nigdy nie było? Siedzę na metalowym łóżku i zdaje sobie sprawę, że jestem w szpitalu po raz pierwszy w życiu.

Trzeciego stycznia, tuż po najlepszym Sylwestrze w naszym życiu, pierszym mieszkaniu i dziesięciu piętrach z których dzisiaj zamiast byłego, zielonego poligonu widzielibyśmy klocki nowopowstałych osiedli - na świat przychodzi najbardziej wymagający noworodek ówczesnego roku. Anioł. Jordan. Bułhakow. Trzy dni bezimienny, niemal do końca Wojciech. Przyczynek największych lęków i trosk, głębokiej depresji, która niepozwalała mi wstać z podłogi, kiedy kolejny raz musiałam (i chciałam) pojechać na karmienie, bo Ten Człowiek dwa pierwsze tygodnie życia spędził w szpitalu beze mnie. Nieumiejętnie chcącej mi pomóc pani doktor, która wykrzyczała mi w trzeciej dobie po porodzie że na pewno nie zajmę się lepiej tym dzieckiem niż my tu w szpitalu serdecznie dziękuję, za pierwszą lekcje podłości skierowanej w stronę drugiego człowieka. Albo niedouczenie. Albo brak czasu. Albo za wszystko.

Urlop ojcowski - urlopem kierowcy, który wsiadał w naszego vana i bez słowa całował mnie na pożegnanie w czoło. Czternaście znaczących dni  - bezsensownie oddzielnych, do tej pory wspominanych przeze mnie traumatycznie, gorzko. Walka o karmienie, dziwna pewność że będzie zdrowym, silnym chłopcem. Mimo zagrożeń przed i poporodowych, podejrzenia wady serca (to pierwszy moment, kiedy moje staje na chwilę ze strachu), rozłąki, bezsenności, wiecznego noszenia na rękach, mieszkania u Dziadków Moich Dzieci. Zostawianie go, czteromiesięcznego na dziesięć lub dwanaście godzin, bo praca marzeń była tą, która miała zrealizować drugie Ziarno. Dojazdy, brak dycyzyjności, codzienna tęsknota za wspólnymi minutami. Odczuwanie mocno wszystkiego, plany.

Wspominam piękne lato, kiedy między mną a Olą rozkwitła przyjaźń międzypiętrowa, odszóstoranospacerowa. Połączyła nas chęć wyrwania się z bloku, w którym z konieczności (i życzliwości) musiałyśmy zamieszkać. Nie u siebie, nie po swojemu, ku przyszłości. Połączyły nas dzieci, jej - trzecie, moje pierwsze. Pamiętam bose stopy Michała - bobasa z książek, wielkiego ludzika Michelin, oponowatego Buddhy, mojego Złotego Medalu. Upały, potem lekką zimę i pierwsze urodziny, których nie spędził już jako jedyne dziecko swoich rodziców.

Pachniałam świeżo zmieloną kawą od szóstej, wiązałam zapaskę z logo błękitnej kawiarni. Liczyłam każdy miesiąc plus dziewięć. I różnicę wieku. I myślałam wtedy, że jestem najmądrzejsza w kosmosie (bo przecież byłam).

Postawiliśmy na lipiec, półtora roku różnicy, ząbkowanie i odpieluszkowywanie za jednym razem. Jedna karta, dwoje bardzo małych dzieci w domu, który cały czas się budował. Tymczasowe schronienie między tętnicami a żołądkiem - opanowała Ona, Letnia, która z impetem chciała przyjrzeć się światu już w kwietniu.

Leżeć, leżeć, leżeć. Nie dźwigać, dużo spać, leżeć. Zostaję władczynią pierścieni, a jedno spojrzenie na mojego szybkiego i bystrego syna, pozwala jedynie dodać: przepraszam, widzę że to niemożliwe.

Szczęśliwie Figa, Igła, Japońska Wyspa rodzi się w terminie. Osiemnaście miesięcy po bracie. Pada deszcz, a ona objawia się jako superwoman w koralach. Cała ręka w górze, pępowina wokół szyi. Biała twarz stażystki i moje kolejne, głośne łzy. Zdrowa, duża, granatowa jak mak. Mlekopijec przyjazdy światu, śpiąca od pierwszego dnia niemal całe noce.

Nie mam czasu nawet zjeść, wtedy dobija mnie a dzisiaj śmieszy obraz klaskania nad nocnikiem z dzieckiem przy piersi. Wtedy obrzydzał, teraz cieszy że jest za mną - fakt karmienia Październikowej Imienniczki i skaczącego wokół Michała, który udawał syrenę / indianina / kaszlącego dziadka. Spacer z nimi - mimo lata - był katorgą, nie mogłam się rozdwoić, jeszcze biegać po drabinkach i już zostawić Mniejszego Człowieka na dłużej niż godzinę z Dziadkiem

Tak bardzo chciałam przez pierwszy rok podwójnego macierzyństwa rozczwoić się - poświęcać mówiącemu już Michałowi czas na czytanie, naukę rysowania kół, pokazywania szyszki, liścia i robaka. Spokojnie usiąść i nakarmić do momentu zaśnięcia, w spokoju i ciszy (również dla uporządkowania myśli) mniejszą mniejszość. Zająć się umeblowaniem i udekorowaniem mieszkania, roślinami, zakupami, sukcesywnym spełnianiem terminów i planów. I wyspać się w sposób nieograniczony myślami, poczuciem obowiązku, brakiem sił.


26 maja 2015 roku moją pierwszą myślą po wstaniu z łóżka było AŁA.

(+) Po trzech latach ograniczeń mogę swobodnie wznieść toast, pracować dwanaście godzin na stojąco kolejny dzień z rzędu. Pieką mnie stopy, szumi mi w głowie. Widzę, że mam niekompletną piżamę, za to ładnie pomalowane paznokcie (również u stóp). Mam dobry krem, już 30+. W każdym zakątku domu amarantowe piwonie od teściowej. Białe doniczki, zupę w lodówce, odrestaurowany fotel przytargany ze śmietnika (za zachodzie ładnie nazywa się to wystawka). Mam swój własny zielnik na balkonie, lawenda pachnie przy każdym ruchu powietrze, bluszcz konkuruje z winem. Wyścigowcy.

Mam poczucie dobrze wykorzystanych lat po studiach, mimo skromnego życia - nasza jakość (i ilość) wzrasta ku jeszcze lepszemu. W domu telewizja pojawia się sporadycznie, stawiamy na bajki z własnego dzieciństwa. Dzieci czytają książki, lubią zabawy manualne. Najbardziej kochają czas na podwórku przed blokiem, w ogrodzie i na wsi, u prababci. Ta dzikość, którą mają w sobie - brak zahamowań, skakanie po kałużach o bosych stopach, całowanie ślimaków, karmienie kur, żwawe chodzenie przez ulice, brak wstydu - mają po mnie. To najważniejsze co chciałam im dać - poczucie wolności.

(-) Kupowane na bieżąco książki - coraz pokorniej czekają na czas, kiedy zacznę oddawać część tak cennego czasu nocnego - na przyjemności intelektualne. Wniosek do przedszkola - na jutro, telefon do żłobka - 1 czerwca. Tego samego dnia Michał został wytypowany do między żłobkowego festiwalu piosenki (no, nie wiem..). Mam dwa dni wolnego - lody z okienka, dłuższe powroty z przedszkola, lego na dywanie, plany na wakacje. Nie mam dla nich czasu, dla siebie, dla ludzi których kocham a z którymi nie mieszkam. Maj nie był dobry - zaskoczył emocjami, których nigdy nie widziałam poza ekranem, trochę się na mnie rzucił z pięściami i butami. Trochę zgniótł.

Sto dni bez nich i dwie różowe kartki dziś. Koślawe serce mojej Córki (dwa koła i kreska), kształtne drabiny i strażak (z nagim torsem) prawie czterolatka (serio?!). Pokonam sztorm emocji razy tysiąc, hiperbolizując - a oni za wszystkie pokrzykiwania i przenoszenie nerwów do domu - nadal, bajkowo będą kochać mnie jak ja ich. Bez względu na kolejną rozwleczoną galaretkę z truskawek na kanapie, niechęć do powrotu do domu po czterech godzinach na dworze, drobnostkach wizualnych w czasie porannego ubierania (bielizna na głowę, skarpetki jako rękawiczki, w upał - kalosze, w deszcz  - najchętniej boso) - taka miłość się nie zdarza. To moi ludzie, najprościej. Są swoi równiez dla siebie - i to poza radością, wyzwala we mnie przekonanie, że dobrze zrobiliśmy. Początkowo nie wiedząc (i nie widząc gdzieś obok) w co się pakujemy - ich wspólne zabawy, troska i każdy raz w głowę, nos, plecy - to oni, to my.

Pompatycznie.

I codziennie rano:
Mamo, czy ja już mam cztery lata?


A ja, odkąd zostałam Matką:

- wzruszam się w najmniej oczekiwanych momentach. Przycisk przedziwności nie przestaje mi działać. Od czterech lat mam łzy w oczach codziennie.

- mimo, że wcześniej nigdy tego nie robiłam - byłabym w stanie pobić człowieka, który skrzywdził moje dziecko złym słowem, czynem, zachowaniem lub niesłuszną uwagą wpływającą na jej/jego odczuwanie siebie, serce i przyszłość.

- mam koleżanki we wszystkich punktach sprzedaży produktów dla dzieci. Jestem bardzo dobrze zorientowana w gadżetach. Dzięki współpracy z lumpeksami - potrafię wymierzyć ubranie na oko, bez metki i zaplanować przyszły sezon, kiedy akurat kombinezon znanej marki kosztuje kilka złotych, a jest czerwiec / piękne, letnie sukienki przed Świętami Bożego Narodzenia zapełniają pralkę i czekają na swój czas.

- rozróżniam gaśnicę proszkową od pianowej, cztery rodzaje ślimaków, sygnalizację ratunkową wszystkich pojazdów w Polsce i na świecie, piosenki partyzanckie ze wszystkimi zwrotkami jako kołysanki.

- po dwudziestu minutach snu w rozgorączkowanych, wirusowych nocach jestem w stanie się uśmiechnąć.

- wróciłam do skakania po kałużach, lodów z okienka baru mlecznego na starym osiedlu Lublina, smaku budyniu czekoladowego gotowanego w domu, kiedyś startych jabłek, teraz - soku jabłkowego i najprotszej bułki z ziarnami na spacerach

- wiem, że czeka mnie nauka własna jazdy na rolkach, żebym mogła to pokazać dzieciom

- jak mówie dzieci to cieszę się, że mam ich dwoje, nie dwóch czy dwie

/ zdjęcia pinterest.com - wszystkie moje ulubione /

I bez względu na to, co będzie dalej z tym nieprzewidywalnym krajem, podłymi ludźmi i pogodą - wiedzcie, że to właśnie Wy możecie zmienić świat, zmieniajcie go codziennie. Bądźcie wolni, odważni i pamiętajcie zapach rodzinnego domu. Nigdy nie wstydźcie się uczuć, czytajcie i wąchajcie książki, szanujcie siebie, ludzi i zwierzęta. Trzymajcie poziom. Bądźcie wierni własnym umysłom.

- Mama.

Komentarze

  1. Piękne! Od początku, aż do końca przeczytane i ciągle mi mało!

    OdpowiedzUsuń
  2. jedząc pomidory na drugie pracownicze śniadanie czytam i zachwycam się. uczucia mi się przez Ciebie skropliły. co ja bym za to dała.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty