Przede wszystkim przedziwnie klika się w coś, co było niepokalane przez całe, równe dwa miesiące. Jakieś bloggery, internety, dobra kolacja na osobności i tysiąc prochów na pierwsze w życiu, trwające już trzeci tydzień zapalenie zatok. Manio patrzy na mnie - coraz starszy, niedopieszczony. Niedźwiedzie śpią niedospane dziennie, poprzedszkolne, stęsknione i niezwykle zmienione.

Dwa miesiące to jednak ogrom. W statusie na facebook`u wpisałam nieco kokieteryjnie cichutko, zza winkla bezgłośnie przyglądam się światu. Podziwiam prowadzących bloga regularnie.Chęć i wszystko jest u mnie codziennie, myślę natomiast że - zupełnie przeciwnie do progu bólu - mam niski próg zmęczenia i niemożliwość wykonania w jego stanie czynności ponad to, co jest potrzebne. A nie kręcę się przecież wokół siebie. Od jakiegoś czasu pokręciłabym się z chęcią. Wokół siebie, przyjemności, centrum miasta, wokół ludzi.

Nie byłam nigdzie od końca sierpnia. Pracuję w cudownej firmie, ze wspaniałymi ludźmi, codziennie uczę się nowości - zostawiania dzieci na całe dnie, szybkości, sprzedaży produktu luksusowego, skupienia. Na bransoletkę, którą ostatnio stworzyłam w pracy włożyłam trzy wartości - współodczuwanie, energię i siłę. Czekam na grudzień - wypłatę, która nie będzie skalana kolejnym odkładaniem na płatne szczepionki, a opłatami bieżącymi i najprzyjemniejszymi podarunkami w roku. Chciałabym iść w nocy na spacer, na wino z możliwością odespania go w ciągu najbliższego tygodnia, dwóch. Uśmiecham się do ujemnej temperatury na zewnątrz, doleczam zatoki, których zapalenie życzę jedynie ludziom złym dla innych, zwierząt, dzieci i po prostu. To dobry czas, a tęsknot jest coraz mniej. Dostosowanie. Balans, mimo braku możliwości powrotu do życia, które było moim cztery lata temu. Lekkość, mimo mim. Mój szczęśliwy bezczas trwa. Pozbawiony wszelkich przyjemności cielesnych, winnych, niewinnych, nocnych, sennych, żarłocznych. Jestem w samym środku. Jestem słońcem.

Dzieciory,

Wasza Matka jest beznadziejna. Biegnie - jak niemal codziennie - z torbą pracowniczą, kolejną z jedzeniem na dwanaście godzin, trzecią z potrzebnościami do przedszkola. Za rękę / na barana prowadzi najważniejszego chłopca w jej życiu (co - w odróżnieniu od wszystkiego powyżej - na pewno nigdy się nie zmieni). Nie może okazać pośpiechu, nie używa słów ponaglających, bo sama nie słyszała ich w dzieciństwie. Pół godziny razem w ciągu dnia jest cenniejsze niż wszystko w kosmosie. Więc spacerem, z uśmiechem, mimo kapryśnej pogody, niedospania, czekając na kolejności dnia, który zakończy się za kilkanaście godzin. Ale staram się, tłumacze, cierpliwie czekam na udaną (a przecież kolejną) próbę samodzielnego rozpięcia zamka w kurtce. Zagapiam się na Ciebie z miłością w tle słysząc pokrzykiwania. Rozumiem wszystko - pośpiech, wymagającego pracodawce, autobus który już stoi na przystanku, dwugodzinną noc. Ale obserwuję - zagadując Cię bez przerwy - panią. Popycha dziewczynkę tak bardzo podobną do Twojej siostry. Z grupy młodszej od Ciebie, pewnie dwulatkę. Próbuje, liczy do trzech, grozi, klepie po pupie, nagle pstryka ją jak kręgiel, mała płacze, a ta dokłada jej jeszcze klapa. Gwoździeją mi oczy, mimo że czytam, nie popieram, sama wychodzę z ogólnodostępnego pokoju jak zdenerwuje się pod niebiosa. Mówisz, że się boisz. Trajkocę do Ciebie, ściskam, macham, pakuje zapasową bieliznę do szafki, biegnę pół osiedla na przystanek, kasuje bilet i.. zatrzymuję myśli dopiero wtedy. Jestem beznadziejna, bo powinnam głośno, dosadnie i publicznie wyrazić swój sprzeciw. Proszę jej nie bić, dzieci się nie bije, proszę się uspokoić. Jestem beznadziejna. Mam sobie to do zarzucenia - wielka pani z rady rodziców. Reaguj. Ja też będę.

Atma miała trzynaście lat, wiejskie korzenie, mądry łeb i niezrównaną miłość do nas, do Was i czegokolwiek z masłem. Bokserka, Czterołapna, najlepsza przyjaciółka Waszego Dziadka. Jasne, że pamiętam jej molosowatą mordę włożoną w worek z mąką pierwszego dnia pobytu na Gościnnej. Dwa tygodnie poprzedzające jej przybycie, dwa tygodnie bez psa w domu były smutne, listopadowo szare, żadne. Zastępowanie żyć zarówno teraz jak i wtedy przypomina mi grę, ale istnieje. Znowu jest listopad, dzień przed jego pierwszym dniem - padasz w ukochanym wąwozie, z najdroższym Twojemu sercu Panem, głaskana, szeptana, bez większych pożegnań, z wielkim wzruszeniem naszej rodziny. To szansa, by pokazać Niedźwiedziemu czym jest odchodzenie - być może bardziej przerażające, jeżeli chodziłoby o jego prababcie czy pradziadka. Mówię mu to spokojnie, podczas kolacji, tłumacząc tak, żeby uwierzył (w co wierzę i ja), pytał, miał szansę. Że istnieje niebo dla psów, że Atma na pewno hasa tam z kolegami z niebiańskiego wąwozu. Michał słucha, uśmiecha się, zastanawia się i kwituje: no tak, pewnie opiekują się nią Pogodusie. No, pewnie tak. Śpij spokojnie, Ukochana Gadzino.

Michałku,

mam Cię za mało. Weekendy zabiera mi praca, przedszkole - nasz tydzień. Tęsknię i mówię o tym porannymi - ciepłymi cynamonkami z Delimy, nadmierną czułością (jeżeli takowa w ogóle istnieje), głaskaniem, drobiazgami, uściskami, mikrominutami spędzonymi na dobraniu Ci stroju na następny dzień, zadbaniem o zmianę butów na zimowe, wysyłanie tajemniczych oczek, nowy kubek na wodę, głaskaniem na dobranoc, wycinaniem kwiatków z ogórka i jajka. A ty zmieniasz się szybko jak dobrotliwy szerszeń.

Wyrażasz swoje uczucia odważnie i bez pardonu. Mówisz o zdenerwowaniu (ugryzłem Igę dlatego, że nie dała mi się skupić), tęsknocie (nie chcę iść do przedszkola, bo lubię być w domu z tobą). Prosisz o pomoc, próbujesz sam, wołasz nas do wspólnej zabawy (zapraszam wszystkich, moi kochani pomocnicy!). Nauczyłeś się przepraszać. Stałeś się opiekuńczy, bezpośrednio do siostry mówiąc o tym co było, będzie i porządkując dzięki temu i jej dzień (nie rozumiesz, że nie możesz teraz dostać soku bo jest zimny? dojedziemy do domu to dostaniesz, bądź cierpliwa. no!). Jestem dumna z drogi, jaką idziesz. Że dajesz się prowadzisz, współpracujesz, jesteś księżycem, który bez względu na kształt - daje mi sto świateł.

Figosko,

całkowicie mi dorosłaś. Czeszesz włosy na różne sposoby, biegasz jak szalona, sama zakładasz czapkę i zdejmujesz buty. Kłócisz sie i mówisz lepiej niz Michał w Twoim wieku - a myślałam, że nie jest to możliwe (nie kłóć się!, lubię, [jak się nazywasz?] Iga!, [czyje to jest?] Igi! moje!, kotku popatrz! dokańczanie każdego wersu Jadą, jadą szewcy - pi[eni]ądze są hitem mojego serca. Masz połowe mniejsze stopy od brata - widzę to po obuwiu, które - jak wszystko - po nim odziedziczyłaś. Lubisz bawić się w pokazywaną wersję Krasnoludków, a jak ktoś zapyta Cię jak się nazywasz - z odwagą odpowiadasz IGA! Na toaletową jedynkę wołasz jak na dwójkę. Z dumą wachlujesz nogami siedząc na białym tronie. Interesujesz się wydzielinami ciała zupełnie jak Twoja Babcia - parazytolog. Trzymasz kredkę lepiej od brata. Najwięcej czasu w ciągu Twojego dnia zajmują książki - opowiastki, pokazywanki, zgadywanie. Powtarzasz jak papuga i zapamiętujesz. Z radością wracasz do wyuczonych naturalnie słów w najmniej oczekiwanych sytuacjach (rano oglądamy na balkonie ziemniaki w garnku, po południu przy kasie po zwyczajowym DOOOOBRY mówisz z rozbrajającym uśmiechem (zębów 18!) mówisz do pani kasjerki (zie)MNIAKI! Mało jesz, nadal z lubością pompujesz krowie mleko na dzień dobry i dobranoc. Liczysz do pięciu. Z bratem witasz się regułłką ABC ucze się (co sukcesywnie przerabiam na kocham cię). Jesteś głośną nerwusicą. Wózek wchodzi w grę tylko w dalekie podróże. Sama, sama! I cudowna stanowczość: rano - MLEKO!, przepraszając (pjaszam) wzmacniasz gestem swoją skruchę (całujesz, głaszczesz, przytulasz), wieczorem - (k)ĄPAĆ. Smakując coś, oglądając Peppę, głaszcząc mnie po włosach, ganiając się z Michałem krzyczysz lubisz! lubisz! No, lubisz. Komunikacja piąteczka, podobizna do Matki - złoty strzał.

***

Jutro minie rok od kiedy sprowadziliśmy się do naszego domu. Dwa lata znajomości, kolejne dwa w narzeczeństwie, kolejne tyle samo - jako zadowoleni z każdej chwili szaleńczego świata ludzie po ślubie, bez dzieci. Potem pojawienie się Lil, ciemne doły, rok mieszkania u rodziców Niedźwiedziego Ojca. Cztery miesiące później powrót do pracy, bardzo trudny czas. Kolejny rok - już z Figą pod sercem u moich rodziców, narodziny Niedźwiedziej, pół roku wyjęte ze świadomości. Dom. Pierwsze święta, rok urlopu macierzyńskiego, szlifowanie siebie, ścian, dodatków, cech charakteru. Zmiany. Rok tutaj.

Pierwszy dzień to dosłownie godzina. Zjechaliśmy z całym żywym towarzystwem po 19-stej. Nie było ciepłej wody, nagle przestali grzać, Michał nie chciał spać w łóżku postawionym w innym pokoju niż nasze. Miał półtora roku a my - od razu po zafundowaniu mu młodszej siostry - przeprowadziliśmy jego świat na drugi koniec miasta - do domu tak białego jak sam środek iskry.  Karmiłam Małą w fotelu na którym teraz wygrzewa się kot. Jak wszystkie meble - wielokrotnie zmieniał swoje ustawienie. Mówiłam wtedy, że za rok będziemy się z tego śmiać. Wspominam to z rozrzewnieniem. Zupełnie jak fakt niemowlęctwa moich dzieci. Mam łzy na wysokości uszu, ale nie wróciłabym do tego czasu widząc i czując to, co teraz mam. Za nic.

Podglądając jak potraficie bezczelnie, z odwagą patrzeć sobie w oczy i wyrażać dosadnie odmienne od drugiego zdanie - stwierdzam, że będzie przesrane. Z uśmiechem. Wielkim jak banany całego świata. Bo na moment w jakim jesteście, jesteśmy czekałam od momentu planowania swojej (pierwotnie - sześcioosobowej plus pies i kot) rodziny. Jest nas pięcioro. Będzie nas pięcioro. A kiedyś mój wymarzony posokowiec, wyżeł weimarski, lub wielki molos. Starcz nam, życie.

Komentarze

  1. Piękne i wzruszające. Kawa obowiązkowo w przyszłym tygodniu. Czuję że stąpam po Twoich śladach. Dziwne acz miłe.

    OdpowiedzUsuń
  2. To też mój tekst, chociaż może nie aż w takim natężeniu. Jesteś fajną matką, nadrobicie ten czas - grudzień za pasem... Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty