Sobota była niebem towarzyskim. Zasadniczo bez dzieci - zajętymi przez wspaniałe animatorki Fiki - mogłam odetchnąć, śmiać się, jeść i myśleć w zupełnie inny sposób niż codziennie. Z przyjemnością wsłuchiwałam się w techniczne zagwozdki blogowej prezentacji siebie, ważnych, emocjonujących lub pożytecznych postów, elementów koniecznych, punktów. Z uśmiechem stwierdziłam, że piszę dla Was, Niedźwiedzie i mimo, że z przyjemnością oglądam i czytam dopieszczone blogi innych Matek - nie stosuję żadnej z zasad. Umyślnie?

Nie wzięłam ze sobą aparatu, nie przespałam nocy, nie dobierałam stroju do ubranek dzieci, nie porywałam ich w szale na umówioną godzinę. Z radością poznałam blogujące rodzicielki, z błyskiem zapomnianej pasji oglądam fotorelację z wydarzenia.

Zwyczajnie dziękuję za wszystkie upominki, zdjęcia, rozmowy, nowe znajomości i możliwość oddechu wśród codziennych bohaterek życia - Matek trojga, czworga (lub czterech!). Oliwkowa, tiulowa spódniczka dla Figi zdobi szafę nieco z niej wystając (specjalnie dla mojego oka), kosmetyki rozpieszczają mnie jak nigdy (i o dziwo - nie uczulają skóry przyzwyczajonej tylko do produktów Nivea).

Wspomnienia - unoszą. A my - płyniemy szybko, nieustając. Dzisiaj z ulubionymi dziećmi z bloku śpiewaliśmy w parku naprzeciwko sto lat małej Julce, która - podobnie jak większość z nas, odważnych - ucięła sobie samodzielnie grzywkę i wygląda teraz bardzo inspirująco. W prezencie dostała błyszczącego kasztana, a bieg do wyznaczonego drzewa był dla dzieci biegiem życia. To my, to nasze. Za flesze dziękujemy - publikuję, bo zupełnie jak kariera stewerdessy - moim marzeniem przed dziećmi był modeling.


Dziękuję Klaudii i Karolinie - za ogrom pracy w tle chorych lub rozbrykanych dzieci, nowych wyzwań i ogarniania codzienności równolegle do tej od święta, blogowej, dla nas. Mojej Karolinie - za ducha życia, który unosi się nad moim mózgiem od opisanego dnia. Kindze i Krzysiowi - za pomysły, inspirację i wiarę w to, że kiedyś spełni się najskrytsze. Hally za prostotę i szczerość rozmów. Właścicielce Bardotki za możliwość usłyszenia konkretu, zobaczenia makabry i zakochaniu się w spójnym pięknie głowy i ciała. Ani za możliwość poznania osobiście współtwórczyni tak dobrego miejsca jak Fika (Anita, dedykuję Ci to zdjęcie). Popmum za radość wszechogarniającą (to zdjęcie i tak jest już wszędzie..). Dziękuję Wam, kobiety.

 Zdjęcia: Tutkaj Fotografia (wybrałam te korzystniejsze dla własnej maski, bo mimo, że zmniejszyłam w ostatnim miesiącu swój rozmiar z L na M - widzę ile jeszcze przede mną, ogrom dosłowny)

Zachwyt:  nie Crocsy - Coqui (piach, woda, trawa, paaaaa! + te kolory!).
I wrzesień - mimo mega migren - nadal ukochany za wrzosy, dziewiątki x2, schyłek dobra chowany na pół roku pod puchówkami i czasie szykowania się na spacer wydłużonym razy sto.

Komentarze

  1. Ale fajnie to napisalas..tak z życiem;))

    OdpowiedzUsuń
  2. super relacja, bardzo mi się podoba :)
    alexanderkowo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty